Historia jednego zdjęcia od. 2

Historia jednego zdjęcia odc. 2

Ostatnio chodziłam sama po górach. Może dla niektórych, to nic specjalnego, ale dla mnie nowość. Pierwszy raz bez Kamila. Nie była to cała trasa, bo ostatnie 7 km przeszliśmy wspólnie, ale w końcu odcięłam kilkunastoletnią pępowinę.

Miałam do wyboru: gapienie się w sufit w małym pokoju w agroturystyce lub wyruszenie na szlak i wsparcie Kamila na końcówce wyrypy. Oczywiście jako dobra żona wybrałam to drugie.

Planowałam spokojny marsz z mnóstwem przystanków na zdjęcia i podziwianiem widoków. Zabrałam czytnik e-booków i notes, na wypadek gdybym czekała dłużej. Miały być naleśniki w Andrzejówce.

A jak było? Już na Rogowcu okazało się, że Kamil zapierdziela jak mały samochodzik i nici z licznych przystanków. Zrobiłam jedną dłuższą przerwę na jedzenie, do Andrzejówki nawet nie weszłam, batona i banana jadłam na zejściach. Nawet nie mogłam pomyśleć o bolącym kolanie. Skróciłam trasę o 3 km, bo w życiu nie dotarłabym w umówione miejsce. Nad tym najbardziej ubolewałam, bo zrezygnowałam z wejścia na Kostrzynę.

Mimo wszystko świetnie spędziłam czas, a moje tempo marszu zasługuje na medal. Razem nigdy tak szybko nie chodzimy. Odkryłam uroczy miniwodospad, nawdychałam się górskiego powietrza, kolejny raz zdobyłam Waligórę, której jeszcze kilka lat temu szczerze i gorąco nienawidziłam, a także wgramoliłam się na wieżę widokową na Ruprechtickim Spicaku.

Czy się bałam? Nie mogłam się bać, bo nie miałam na to czasu. Nie miałam czasu na narzekanie na zejściach, na podrapanie się po nosie, a co dopiero mówić o strachu.

Przeszłam 24 km w Górach Suchych i chociaż bardzo mi się podobała samotna wędrówka, to wolę dzielić tę górską radość z Kamilem. No dobra — jak chodzimy razem, to nie muszę tyle ładować do plecaka.

Similar Posts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.